Kłamliwy film Marii Dłużewskiej

Maria Dłużewska wierzy w zamach na prezydenta Kaczyńskiego i tę wiarę wspiera na kłamstwach i domysłach polonijnych inżynierów Berczyńskiego, Biniendy, Nowaczyka i Szuladzińskiego. W filmie „Polacy” (2013) robi z nich aniołów. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w styczniu br. wręczyło jej za to najwyższy laur, ale ani słowem nie sprostowało przekłamań. Niektóre omawiam niżej.

Dobrą odtrutką jest dokumentacja zdjęciowa i komentarze ekspertów badających wypadek smoleński dostępne na witrynie www.faktysmolensk.gov.pl [http://faktysmolensk.niezniknelo.com]


[Komentarze w porządku chronologicznym, od 17 minuty filmu]

Binienda nie mówi prawdy, twierdząc, że skrzydła polskiego tupolewa, zwłaszcza ich krawędź natarcia zachowała się w dobrym stanie. Jest dokładnie przeciwnie, w trakcie lotu od pierwszych zderzeń z drzewami skrzydła ulegały stopniowej destrukcji, przy czym dotyczy to zwłaszcza slotów (klap przednich) i uszkodzeń krawędzi natarcia płata oraz części klap głównych, aż w końcu skrzydła uległy niemal całkowitej fragmentacji przez kontakt z ziemią, co doskonale widać na zdjęciach wraku. Por. http://faktysmolensk.gov.pl/dokumentacja-zdjeciowa/articles/szczatki-samolotu-na-plycie-lotniska-smolensk-siewiernyj

Binienda rozmija się z prawdą, twierdząc, że Tu-154M nie miał kontaktu z drzewami, w rzeczywistości ściął bez wyjątku wszystkie drzewa, w jakie uderzył w ostatniej fazie lotu, łącznie ok. trzydziestu, co widać na zdjęciach z miejsca wypadku. Por. http://faktysmolensk.gov.pl/dokumentacja-zdjeciowa/articles/przeszkody

Drzewo z symulacji Biniendy ma średnicę 30-40 cm, tymczasem wspomniana brzoza miała średnicę ok. 50 cm w miejscu kolizji i została ścięta, czego Binienda słusznie się dopomina, ale jednocześnie odcięła końcówkę skrzydła samolotu, co potwierdzają nie tylko zmiany w zapisie wielu parametrów lotu, ale także stan drzewa i wraku. Korona brzozy nie oddzieliła się całkowicie od pnia, bo skrzydło nie zdołało przekazać drzewu całej swej energii kinetycznej (jak w przypadku kolizji z cieńszymi drzewami), gdyż samo zostało w tej konkretnej kolizji urwane. Por. http://faktysmolensk.gov.pl/dokumentacja-zdjeciowa/articles/fatalna-brzoza

Nowaczyk myli się, sugerując że raporty komisji wypadkowych manipulują zapisem TAWS. Korekta rysunku w polskim raporcie wynika z małej wartości ostatniego zapisu wskazań systemu TAWS. Samolot był wtedy silnie przechylony w lewo, więc anteny radiowysokościomerza i GPS nie działały już prawidłowo. Nowaczyk popełnia w tym miejscu także szkolny błąd, spodziewając się bardzo precyzyjnych wskazań z anten radiowysokościomierza pracujących wtedy nad zadrzewionym, niejednorodnym terenem.

Berczyński wykazuje się ignorancją, sugerując, że przed miejscem zderzenia samolotu z ziemią znaleziono części kesona skrzydłowego (czyli środkowej części płata przenoszącej główne naprężenia, keson tworzą dźwigary i łączące je poszycie oraz ożebrowanie). Przed miejscem kolizji z ziemią znajdowano jedynie małe fragmenty slotów, klap i poszycia skrzydeł, które zderzały się z drzewami.

Berczyński myli się, sugerując, że doszło do wybuchu paliwa w zbiornikach skrzydłowych, a końcówka skrzydła „odpadła” po takim właśnie wybuchu. Po pierwsze, kształt i charakter rozerwań skrzydła (na poziomie makro i mikro), a także stan złamanego drzewa jednoznacznie potwierdzają, że doszło do ich wzajemnej kolizji. Elementy pnia pozostały w kikucie skrzydła i w odłamanej końcówce, a w pień drzewa wibte są różne fragmenty blach skrzydła. Widać to doskonale na zdjęciach. Por. http://faktysmolensk.gov.pl/dokumentacja-zdjeciowa/articles/koncowka-skrzydla

Po drugie, sugestie Berczyńskiego stoją w sprzeczności z sugestiam Biniendy, który wyżej nie wierzy w zniszczenia skrzydeł. Gdyby istotnie, jak chce Berczyński, samolot rozpadł się w powietrzu, to cały wrak leżałby dokładnie w linii lotu, a im wyżej by leciał, tym większy byłby rozrzut szczątków, co w Smoleńsku nie miało miejsca i co widać na zdjęciach satelitarnych wykonanych po katastrofie. Por. http://avherald.com/h?article=429ec5fa

Symulacja kolizji drzewa ze skrzydłem wykonana przez Biniendę jest infantylna. Jego drzewo odkształca się jak plastelina, ale łamie jak słomka w jednym punkcie, tymczasem w rzeczywistości drzewa wykazują dużą sprężystość, wyginając się jak łuk na całej długości, i nie tyle łamią się, co raczej zostają rozerwane, bo ruch skrzydła tworzy na pniu zakotwiczonym w ziemi także pionowe wektory sił, więc obszar przełamań jest znaczny, co więcej przełamania pojawiają się także u podstawy drzewa, co widać w Smoleńsku, bo tam kinetyka naprężeń i ruchu drzewa spotyka się z bezwładnością ziemi.

Wbrew temu co sugeruje Szuladziński nie ma analogii między katastrofą smoleńską a uderzeniem samolotów pasażerskich w budynki WTC, czyli między zderzeniem konstrucji skorupowej, jaką jest samolot, z konstrukcją szkieletową, jaką jest drapacz chmur, a kolizją podobnego samolotu, lecącego wszakże z dużo mniejszą prędkością, z grupą drzew, czyli obiektów o zupełnie innej, jednorodnej strukurze. Główną przyczyną zniszczenia WTC był pożar paliwa lotniczego rozlanego na środkowych piętrach budynków, który doprowadził do uplastycznienia stalowych elementów nośnych budynków. Obie wieże zawaliły się dopiero wtedy, gdy pożar rozwinął się na wielu piętrach. Po drugie, główne elementy nośnie WTC znajdowały się głęboko wewnątrz budynków i samoloty prawie ich nie naruszyły, bo rozpadły się wcześniej, natomiast ściany budynków były pokryte szkłem i posiadały jedynie pomocnicze elementy nośne, więc samoloty łatwo mogły je przebić.

Maria Dłużewska trafnie krytykuje niechęć rosyjskiej prokuratury do ujawnienia danych wojskowych bez większego znaczenia dla obronności Rosji, wszystkie jednak istotne dane nawigacyjne, a więc m.in. minima pogodowe i zasady ruchu na i nad lotniskiem były zapisane na kartach lotniska, które posiadali polscy piloci. Dużo większe znaczenie dla przebiegu wypadku miał faktyczny stan urządzeń lotniskowych, w tym radarów kontroli ruchu i zbliżania, co Dłużewska z niezrozumiałych względów pomija.

Opinia Szuladzińskiego o domniemanych wybuchach niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Eksplozje we wnętrzu samolotu rozsiewają szczątki z jego wnętrza, tymczasem w Smoleńsku takich śladów brak, brak także jakichkolwiek śladów pożaru czy eksplozji w trakcie lotu - zarówno w zapisie rejestratorów (notują setki wzajemnie powiązanych parametrów), jak i w stanie wraku czy w ułożeniu jego szczątków na ziemi.

Po drugie, bomby nie rozrywają konstrukcji skorupowych takich jak samoloty w całości, lecz niszczą je lokalnie, w najbliższym sąsiedztwie centrum wybuchu, tam też zniszczenia są największe i łatwe do rozpoznania, tymczasem zderzenie samolotu z ziemią wywołuje skutki totalne, tworzy bowiem naprężenia obejmujące całą strukturę płatowca i w konsekwencji prowadzi do lawinowej fragmentacji tej struktury, w tym także do rozrywania nitów.

Po trzecie, wybuch w powietrzu prowadzi do rozsiania szczątków na planie elipsy wzdłuż linii lotu, w Smoleńsku na linii lotu znaleziono jedynie drobne elementy skrzydeł oraz oderwaną końcówkę płata, a tuż przed miejscem uderzenia kadłuba w ziemię - część statecznika. Prawie wszystkie z tych elementów noszą wyraźne ślady kolizji z drzewami, charakterystyczne wgięcia, wbite drzazgi i gałązki.

Po czwarte, gdyby eksplozja zniszczyła kadłub w locie, to elementy wyposażenia i ciała pasażerów znajdowałyby się na ziemi przed miejscem zderzenia. W Smoleńsku wszystkie ciała i szczątki wraku znajdują się na wrakowisku, które co ważne nie leży w linii lotu, ale kilkadziesiąt metrów w lewo od niej, po tym jak samolot stracił stateczność i w niekontrolowany sposób odchylił swój lot w lewo.

Symulacja Biniendy niewiele ma wspólnego z wypadkiem smoleńskim, gdyż ignoruje realne parametry lotu. Eksperymentalna kolizja amerykańskiego samolotu B-727 nie jest z nią analogiczna, bo tam samolot zderza się z pustynią, nie z lasem, więc do samego końca zachowuje stateczność. Po drugie, B-727 leci po postej, tymczasem Tu-154 w chwili kolizji z drzewami leciał już po łuku odchylonym w górę, bo piloci rozpaczliwie starali się samolot poderwać, a to oznacza, że na samolot działały wtedy także przespieszenie (ok. 1,3 g), więc skrzydła wytwarzały wtedy nie 80 ton, ale ok. 110 t siły nośnej i nagła utrata końcówki skrzydła tym szybciej naruszyła stateczność lotu.

Wbrew temu co twierdzi Szuladziński najbardziej charakterystyczne dla wybuchów obrażenia ciał dot. zmian wewnętrznych (np. w jamie brzsznej, w uchu środkowym, itp.), wynikających z gwałtownej zmiany ciśnień, a takie łatwo rozpoznać w obdukcji, tych zaś nie stwierdzono ani w Smoleńsku, ani później w Moskwie, ani w takie kilku ekshumacji wykonywanych w Polsce. Obrażenia ciał mówiły o przebiegu wypadku bardzo dużo już od pierwszych minut po katastrowie, ale coś dokłanie przeciwnego niż sugeruje Szuladziński. Zespoły badające wypadek, w tym polscy prokuratorzy, łatwo dostrzegli, że wiele ciał pasażerów było jakby wprasowanych w ziemie przez fotele, podłogę kabiny i ciężkie elementy kadłuba, które w trakcie kolizji przesuwały się po nich, a jednocześnie ciała były ułożone twarzą do ziemi z nogami w kierunku lotu, gdyż samolot uderzył w ziemię w pozycji odwróconej.

Szuladziński schodzi na manowce, powołując się na sensacyjne publikacje Cezarego Gmyza. Gmyz przyjął naiwnie, że wyniki tzw. badań przesiewowych z podręcznych mierników jonizacji cząstek są równoznaczne z wynikami skomplikowanych badań chemicznych. Prokuratura zleciła wykonanie badań laboratoryjnych setek próbek i żadne z nich nie wykazało obecności materiałów wybuchowych ani ich spalonych cząstek, natomiast potwierdziły obecność rozlanego paliwa lotniczego. Por. http://www.npw.gov.pl/491-Katastrofa_smolenska.htm

Szonert-Binienda mija się z prawdą, sugerując, że polska zrezygnowała z ustalenia przczyn wypadku. Polska od samego początku prowadziała własne badanie przyczyn katastrofy i prowadzi kilka dochodzeń prokuratorskich. Zastosowanie Konwencji chicagowskiej nie było być może rozwiązaniem idealnym, ale na pewno najszybszym, bo Polska i Rosja ją ratyfikowały, tymczasem każde inne rozwiązanie prawne wymagało nowych negocjacji z Rosją, których filnał trudno przewidzieć. Żadne państwo na świecie nie jest przygotowane prawnie na katastrofę samolotu z głową państwa na pokładzie, zwłaszcza na terenie wrogiego bloku wojskowego.

Szonert-Binienda nie mówi prawdy o legalnym statusie lotu do Prezydenta RP do Smoleńska. Obie strony uznały ten lot za państwowy, nie cywilny, tak było przed i po wypadku, a cywilna konwencja chicagowska została wybrana jedynie jako sposób procedowania przy dochodzeniu przyczyn wypadku. Oba państwa działały zgodnie z własnym prawem, tzn. rozpoczęły własne badanie przyczyn wypadku i obie rozpoczęły dochodzenia prokuratorskie.

Binienda, wbrew temu, co twierdzi, nigdy nie przedstawił komisji ani prokuraturze swoich ustaleń, w prokuraturze drwił nawet, że nie może ich udostępnić, bo nimi nie dysponuje. Por. http://wyborcza.pl/

Polscy i rosyjscy prokuratorzy dokonali oględzin miejsca katastrofy już w dniu wypadku i pracowali tam w kolejne dni, co pozwoliło Rosjanom na zebranie części, uprzątnięcie wraku i szybkie wydobycie ciał. Statecznik upadł nieco wcześniej, bo w locie odwróconym był najniżej położonym, obok kikuta lewego skrzydła, elementem samolotu.

Komentując trajektorię rotu tupolewa Nowaczyk popełnia szkolne błędy, terminologia, jakiej używa, świadczy o tym, że nie wie o co mówi. Zapis parametrów lotu odwzorowany na wykresach w trybie fazowym, zgodnym z trybem działania czujników, Nowaczyk interpretuje infantylnie jako ciągłe odwzorowanie fizycznej trajektorii ruchu, a nie zapis pracy czujników.

Film zawiera wiele innych przekłamań, błędów rzeczowych i insynuacji, brak mi jednak cierpliwości, żeby je wszystkie wyliczyć. SDP winno było odkłamać ten film i zaopatrzyć go w rzeczową glossę, a nie nagradzać laurami. W Smoleńsku zginęło wielu naszych Rodaków, większość z nich to osoby publiczne, nierzadko wybitne, zasłużone dla Ojczyzny, a przez to bliskie nam wszystkim, dlatego rozsiewanie kłamstw na temat przyczyn tej tragedii ważam za rzecz urągającą godności człowieka i dziennikarza. Rozumiem też, że dla osób postronnych raporty komisji wypadkowych mogą być nazbyt hermetyczne, nikomu nie daje to jednak prawa do krytykowania ich bez zapoznania się z nimi, a tak dzieje się w filmie, czy wręcz do drwienia z innych osób i przypisywania im jak najgorszych intencji bez podania jakiejkolwiek rzeczowej przesłanki.
Trwa ładowanie komentarzy...