Przemienienie

Piotr bez trudu ustalił z kim ma do czynienia w nocnym widzeniu. Widział wszystko wyraźnie, z bliska, jak na wyciągnięcie dłoni.

Mojżesz prezentował się tak jak powinien, spokojnie i dumnie jak patriarcha przemierzający wielkie pustynie za natchnieniem boskim, a jednocześnie jak sumienny kronikarz, co nawet na chwilę nie rozstaje się ze sprzętem pisarskim. Równie łatwo rozpoznał Eliasza. Ten stał bez płaszcza, bo ruszając ongiś do nieba na ognistym rydwanie, rzucił go na pożegnanie młodemu Elizeuszowi. Patrząc na Jezusa zajętego rozmową z tak dostojnymi mężami Piotr nie musiał się długo zastanawiać, wyobraźnia karmiona Biblią działała bez zarzutu, niestety, widzenie trwało krótko. Nim zdążył zapytać o cokolwiek, Bóg przemówił donośnym głosem i widzenie prysło.


Od tej pory Piotr miał wyrobione zdanie na temat modlitwy. Nie jest bujaniem w obłokach niewiedzy, ale raczej wychodzeniem z chmur na twardą ziemię. Nie jest ćwiczeniem umysłowym, w którym wszystkiego trzeba się domyślać, roztrząsając kolejne warianty zdarzeń, ale jest prostym uznaniem faktów, konkretnych czynów konkretnych ludzi opisanych w Biblii najprościej jak to możliwe.

Modlitwa nie jest też częścią teologii spekulatywnej, w której tak lubowali się ówcześni uczeni w Piśmie, wiodąc ze sobą wieczne spory na argumenty i znajdując w tych sporach niemałe zadowolenie. Na modlitwie też czasem trzeba się spierać, ale tyko po to, żeby przestać, żeby usłyszeć i żeby zobaczyć. Ci, którzy angażują w modlitwę tylko pojedyncze zmysły, zawsze będą zawiedzeni. Postąpią przez Bogiem jakby im zabrakło dobrych manier. Sam rozum ani same uczucia nie wystarczą. Trzeba myśleć i czuć, ale także widzieć, słyszeć, smakować, wąchać i dotykać, nie zapominając przy tym o szóstym zmyśle, za sprawą którego zakochani potrafią się wzajemnie odnaleźć na najdalszej planecie. Liczy się pełna obecność i nic więcej. Wystarczy wejść w modlitwę w każdym calu, tak jak to przez chwilę udało się Piotrowi na górze przemienienia, a po modlitwie rozliczyć się przed Bogiem z swoich ucieczek i niewierności.

Piotr uciekł wtedy dość szybko. Rozmowa, w której uczestniczył, dotyczyła paschy Jezusa w Jerozolimie, jego męki, śmierci i zmartwychwstania, ale Piotr wolał schować ten trudny temat w namiotach razem z rozmówcami jakby ich wcale nie słuchał, jakby się z nimi nie liczył, bo w głębi ducha myślał, że właśnie w ten sposób okaże największy szacunek. Przez krótką chwilę uczestniczył w modlitwie Jezusa, wszedł w sprawy Boga całym sobą, poznał Jego plany, radości i troski, tak jak zrobił to Mojżesz, autor ksiąg Prawa, i Eliasz, najwybitniejszy z proroków. Ta jedna chwila wystarczyła, żeby Piotr poznał Boga i samego siebie nieco lepiej. Okazało się wówczas, że jego lęk przed cierpieniem i utratą był silniejszy niż deklarowane przywiązanie do Pana i Stwórcy. Na modlitwie każdy się może o tym łatwo przekonać na podstawie własnych rozproszeń, ale właśnie dzięki modlitwie wszystko to, co ciekawsze, milsze i bliższe ciału niż sam Bóg może zostać dokładnie rozpoznane, także od strony uczuciowej, a następnie świadomie włączone w rozmowę z Bogiem.

Nie jest to zadanie błahe, bo w czasie modlitwie nawet bardzo niepozorne lęki potrafią zepsuć najwspanialszą kontemplację, jednak trwanie przy Bogu, celu kontemplacji, sprawia, że te lęki śmielej wychodzą ze swoich kryjówek, straszą, kuszą, aż w końcu bledną i w konsekwencji przestają determinować życie.

Na górze przemienienia Piotr jeszcze o tym nie wiedział. Jezus przykazał mu wprawdzie, żeby zachował tylko dla siebie to, co widział na górze przemienienia, ale Piotr milczał chyba tylko dlatego, że nikt by nie uwierzył w podobne opowieści. Gdyby jednak zaczął się wtedy modlić jak sam Jezus, to znaczy nie tylko recytując słowa Mojżesza, ale uważnie patrząc na żywego Mojżesza, radząc się go w trudnej sprawie, a nadto dopytując się Eliasza, co myśli, co czuje i jak się modli, to wówczas dostrzegłby zawczasu różnicę, jaka zachodzi między faktycznym stanem ludzkiego ducha a Bożym powołaniem. Gdyby ją poznał wcześniej, może nie zasnąłby potem w Ogrójcu, gdy jego przyjaciel cierpiał największe katusze, i nie wyprałby się go chwilę później, gdy go sądzono i policzkowano. Jezus mu to nawet wszystko przepowiedział, aczkolwiek nie o tym kazał mu wtedy rozmyślać, a tylko o tym jak w obecności Boga samemu być obecnym, jak się wtedy zachować, jak się nie uciekać do namiotu i jak się zmienić na lepsze.

2012

Ewangelia na II Niedzielę Wielkiego Postu (B) w tłum. Jakuba Wujka SI (Mk 9, 1-9)

„A po sześci dniach wziął Jezus Piotra i Jakóba i Jana i wwiódł je na górę wysoką same osobno i przemienił się przed nimi. A szaty jego stały się jasne i bardzo białe jako śnieg, jakich nie może farbierz na ziemi białych uczynić. I ukazał się Eliasz z Mojżeszem, i rozmawiali z Jezusem. A odpowiadając Piotr, rzekł Jezusowi: Rabbi! dobrze nam tu być, i uczyńmy trzy przybytki, tobie jeden, a Mojżeszowi jeden, a Eliaszowi jeden. Albowiem nie wiedział, co mówił; bo przestraszeni bojaźnią byli. I stał się obłok, który je zasłonił, i przyszedł z obłoku głos, mówiąc: Ten jest Syn mój najmilszy, słuchajcie go. A wnet obejrzawszy się, żadnego więcej nie widzieli, jedno tylko Jezusa z sobą. A gdy zstępowali z góry, rozkazał im, aby nikomu nie powiadali, co widzieli, aż kiedyby Syn człowieczy zmartwychwstał. I zachowali słowo u siebie, pytając się między sobą, coby było, kiedy zmartwychwstanie?”
Trwa ładowanie komentarzy...