Ostatni kardynał

Kardynał Franciszek Macharski udzielił mi kiedyś święceń kapłańskich. Nigdy bym nie pomyślał, że dwadzieścia lat później będę mógł mu się odwdzięczyć ostatnim sakramentem.

Kardynał na emeryturze mieszkał u krakowskich albertynek przy kościele Ecce Homo. Siostry prowadzą tam dom dla samotnych kobiet, ale mają też kilka pokoi dla gości. Kardynał Macharski sąsiadował tam prof. Mieczysławem Porębskim, wybitnym historykiem sztuki, więźniem Gross-Rosen i Sachsenhausen, wieloletnim szefem Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa. Kardynał lubił bywać i bywał, odprawiał msze i zaszczycał, ale na miejscu miał Porębskiego, z którym chętnie gawędził. Po nagłej śmierci profesora w 2012, u albertynek zjawił się inny stary druh kardynała, redaktor Stefan Wilkanowicz, ikona „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”. Właśnie w drodze do Wilkanowicza, siedzącego w ogrodzie z rodziną, Macharski uległ wypadkowi.



Na serce chorował od dawna, był po bypassach, czasem tracił przytomność. Raz skończyło się to złamaniem uda, innym razem miednicy. Tym razem serce zatrzymało się zupełnie. Upadł fatalnie, łamiąc tzw. ząb, zwieńczenie kręgosłupa. Albertynka, która prowadziła go wtedy pod rękę, podjęła resuscytację, ale już po pierwszych badaniach w klinice było jasne, że rokowania są złe. Nie było szans na udaną operację. Kardynał nie odzyskał przytomności. Czuwające przy nim albertynki i bratanek zapewniali mnie jednak, że ożywia się w czasie modlitwy. Modliliśmy się o cud.

Bywałem u niego rano i wieczorem, obchodząc kliniki. Pacjent, któremu nikt nie był w stanie pomóc. Pacjent, o którego wszyscy pytali. Lekarze znali go osobiście, bo Macharski często u nich bywał. Gdy tylko dowiedział się, że w szpitalu leży jakiś ksiądz albo znajomy, a znał wielu ludzi, niedzielnym popołudniem ruszał spacerkiem do klinik, a gdy się zestarzał, prosił bratanka o podwózkę, bo nie chciał odrywać od rodziny swojego stałego szofera.

Na początku czerwca zjawił się tu po raz ostatni jako pacjent. Jeśli utrzyma się przy życiu do światowych dni młodzieży, powiedziałem wtedy lekarzom, to pod koniec lipca będziecie tu mieli ważnego gościa z Rzymu. Nie chcieli wierzyć.

Byłem kiedyś z kardynałem Macharskim u papieża Benedykta. Ktoś, bodaj Andrzej Zoll, albo sam Macharski, wpadł na pomysł, żeby ustanowić oświęcimską nagrodę praw człowieka, taką specjalną, środkowoeuropejską, pokazującą, że to, co najszlachetniejsze, można ocalić na dnie piekła. Jan Paweł II miał być patronem tej nagrody, a nowy papież Benedykt XVI miał ją wręczać w Watykanie. Papież się zgodził. Wiadomo, Macharski.

Pojechaliśmy w dość dużej grupie w grudniu 2009. W czasie ogólnej audiencji papież wywołał nas dwukrotnie, ale na kameralne spotkanie w bibliotece nie mieliśmy przepustek dla wszystkich, na szczęście, laureat nagrody, André Glucksmann, powiedział Szwajcarom: ależ to moi goście! i jak Mojżesz wciągnął nas wszystkich za sobą. Papież z uwagą wysłuchał laudacji na cześć laureata, ale Glucksmanna nie trzeba było mu przedstawiać, znał go z lektur. Francuski filozof żydowskiego pochodzenia całe życie walczył z ideologią, pisał o gorzkiej lekcji Auschwitz, która wciąż powtarza się na naszych oczach. Bodaj dwa tygodnie przed tym spotkaniem Benedykt przyjął prezydenta Miedwiediewa, przywracając pełne stosunki dyplomatyczne z Rosją. Wręczając oświęcimską nagrodę praw człowieka André Glucksmannowi, obrońcy Czeczenów i Gruzinów, papież Benedykt przypomniał światu, że dyplomacja papieska ma oczy szeroko otwarte i współczujące serce.

Gdyby nie Macharski, wówczas już emeryt, nie byłoby tej nagrody, ani tego spotkania, ani tysięcy innych spotkań, czasem stricte religijnych, jak msze i wizyty duszpasterskie, ale często zupełnie innych, zwoływanych na największą w Polsce wigilię dla bezdomnych na krakowskim rynku, albo dla ludzi z przeszczepionym sercem, wychodzących ze schizofrenii, albo przez sprzedających wiosną żonkile na potrzeby hospicjum przy Arce Pana. Macharskiego wszędzie było pełno. Nasz kardynał. Wszyscy chcieli go mieć. I dzięki Bogu mieli.
Trwa ładowanie komentarzy...